Brian Aldiss        Non Stop

    . 2 .    

Polowanie sta�o si� wielk� pasj� Gwenny. Uwalnia�o j� to od Kabin, gdzie kobietom nie wolno by�o oddala� si� samotnie z terenu zajmowanego przez szczep, a poza tym polowanie j� podnieca�o. Nie bra�a udzia�u w samym zabijaniu, skrada�a si� tylko jak cie� za Complainem tropi�c zwierz�ta zamieszkuj�ce g�szcze. Pomimo rozwini�tej hodowli zwierz�t domowych i wynikaj�cego st�d spadku cen dziczyzny, Kabiny nie by�y w stanie pokry� wzrastaj�cego zapotrzebowania na mi�so. Szczep znajdowa� si� stale na kraw�dzi kryzysu. Powsta� dopiero dwie generacje temu, za�o�ony przez Dziada Greene, i jeszcze przez pewien czas nie m�g� by� samowystarczalny. W gruncie rzeczy ka�dy powa�niejszy wstrz�s lub wypadek m�g� doprowadzi� do rozproszenia si� ludzi, kt�rzy zacz�liby szuka� szcz�cia w�r�d innych szczep�w.

   Pocz�tkowo Complain i Gwenny szli �cie�k� biegn�c� tu� za przedni� barykad�, ale po chwili skr�cili w g�stwin�. Kilku �owc�w i �apaczy, kt�rych spotkali po drodze, znikn�o i ogarn�a ich teraz samotno�� - szeleszcz�ca samotno�� d�ungli. Complain prowadzi� Gwenny w g�r� w�skim przesmykiem, przedzieraj�c si� raczej mi�dzy �odygami, ni� wycinaj�c je. W ten spos�b pozostawiali za sob� mniej widoczny �lad. Na szczycie stan�li i Gwenny zacz�a rozgl�da� si� niespokojnie ponad jego ramieniem.

   Pojedyncze glony par�y do �wiat�a z ogromn�, chocia� kr�tkotrwa�� energi�, tworz�c g�ste p�ki nad ich g�owami. Z tej przyczyny o�wietlenie by�o do�� nik�e i bardziej podnieca�o wyobra�ni�, ni� umo�liwia�o widzenie. Do tego dochodzi�y jeszcze muchy i chmary drobnych owad�w snuj�ce si� jak dym mi�dzy li��mi; widoczno�� by�a bardzo ograniczona, sceneria wr�cz nierealna. Tym razem jednak nie by�o �adnych w�tpliwo�ci: przygl�da� im si� jaki� m�czyzna o ma�ych oczach i kredowobia�ym czole. Znajdowa� si� trzy kroki przed nimi, a jego postawa wyra�a�a czujno��. Wielki tors by� nagi, a za ca�� odzie� s�u�y�y mu szorty. Wpatrywa� si� w jaki� punkt na lewo od nich, ale by�o tak, �e im d�u�ej mu si� przygl�dali, tym wszystko wydawa�o si� mniej jasne, z wyj�tkiem faktu, �e m�czyzna sta� tam naprawd�. Nagle znikn��.

   - Czy to by� duch? - sykn�a Gwenny. Ujmuj�c paralizator w r�k� Complain ruszy� naprz�d. Prawie ju� zdo�a� przekona� siebie, �e da� si� oszuka� grze cieni; wra�enie to wywo�a�a szybko��, z jak� obserwator znikn�� im z oczu. W chwili obecnej nie pozosta� po nim �aden �lad, z wyj�tkiem zdeptanych ro�lin w miejscu, gdzie przed chwil� sta�.

   - Nie id�my dalej - wyszepta�a nerwowo Gwenny - to m�g� by� Dziobowiec albo Obcy.

   - Nie b�d� �mieszna - odrzek� Complain. Wiesz dobrze, �e istniej� dzicy ludzie ogarni�ci szale�stwem, kt�rzy �yj� samotnie w zaro�lach. On nie wyrz�dzi nam �adnej krzywdy. Gdyby chcia� do nas strzela�, zrobi�by to ju� wcze�niej.

   Pomimo tych s��w mrowie go przesz�o na my�l, �e w��cz�ga mo�e ich ~w tej chwili obserwowa� szykuj�c im pewn� i niewidzialn� jak zaraza �mier�.

   - Ale on mia� tak� bia�� twarz - zaprotestowa�a Gwenny.

   Uj�� j� zdecydowanie pod rami� i ruszy� naprz�d. Im pr�dzej znikn� z tego miejsca, tym lepiej.

   Szli szybko, przekraczaj�c po drodze szlak w�dr�wek dzikich �wi�, po czym weszli w boczny korytarz. Tutaj Complain przywar� plecami do �ciany zmuszaj�c Gwenny, aby zrobi�a to sama.

   - S�uchaj uwa�nie i patrz, czy nikt za nami nie idzie - rzek�.

   Glony szumia�y i szele�ci�y, a niezliczone owady te� zak��ca�y cisz�. Razem uros�o to do ha�asu, kt�ry rozsadza� Complainowi g�ow�. W�r�d tej gamy d�wi�k�w mo�na by�o wyodr�bni� jeden, kt�rego tu by� nie powinno.

   Gwenny us�ysza�a go tak�e.

   - Zbli�amy si� do innego szczepu - wyszepta�a. - Tutaj jest jeden po drodze.

   D�wi�k, kt�ry us�yszeli, by� p�aczem i wo�aniem dziecka, zdradzaj�cym obecno�� szczepu na d�ugo przed dotarciem do barykady, na d�ugo, zanim poczuli zapach. Jeszcze kilka jaw temu teren ten zamieszkiwa�y wy��cznie �winie, co dowodzi�o, �e nadszed� jaki� inny szczep, z innego poziomu, i powoli zbli�a� si� do �owisk Greene.

   - Zameldujemy o tym po powrocie - rzek� Complain prowadz�c Gwenny w przeciwnym kierunku.

   Posuwali si� bez trudu naprz�d, licz�c po drodze zakr�ty, aby nie zab��dzi�. Weszli w sklepion� alejk� po lewej stronie, trzymaj�c si� widocznego �ladu �wini. Teren ten by� znany jako Schody Rufowe i tu z wysokiego wzg�rza schodzi�o si� na ni�sze poziomy. Spoza zbocza doszed� ich trzask �amanych �odyg i wyra�ny kwik. To by�a na pewno �winia.

   Nakazuj�c Gwenny, aby pozosta�a na szczycie wzg�rza, Complain zsun�� �uk z prawego ramienia, za�o�y� strza�� i zacz�� ostro�nie schodzi� w d�. Krew �owcy t�tni�a mu w �y�ach, zapomnia� o wszystkich k�opotach, porusza� si� jak cie�. Oczy Gwenny zwr�cone by�y na niego z niem� zach�t�.

   Maj�c wreszcie dosy� miejsca, aby osi�gn�� swe w�a�ciwe rozmiary, glony wyrasta�y z dolnych poziom�w na kszta�t smuk�ych drzew, a ich korony tworzy�y w g�rze jednolite sklepienie. Complain podkrad� si� do samego brzegu i spojrza� w d�: mi�dzy wysokimi glonami, chrz�kaj�c z zadowoleniem, porusza�o si� zwierz�. Complain nie m�g� dostrzec miotu, chocia� popiskiwanie wskazywa�o na obecno�� ma�ych.

   Schodz�c ostro�nie w d� zboczem i przedzieraj�c si� pomi�dzy wszechobecnymi glonami poczu� nagle chwilowy �al nad �yciem, kt�re mia� zaraz zniszczy�. �ycie �wini! St�umi� w sobie natychmiast to uczucie, Nauka nie aprobowa�a lito�ci.

   Obok maciory kr�ci�y si� trzy prosiaki, dwa czarne i jeden br�zowy. By�y to kud�ate, d�ugonogie podobne do wilk�w stworzenia o ruchliwych nozdrzach i d�ugich ryjach. Maciora odwr�ci�a si� nadstawiaj�c dogodnie do strza�u szeroki bok. Podnios�a podejrzliwie �eb i ma�ymi oczkami rozgl�da�a si� woko�o.

   - Roy! Roy! Na pomoc! - dobieg� z g�ry przera�liwy krzyk. By� to pe�en l�ku krzyk Gwenny.

   Rodzina �wi� rzuci�a si� do ucieczki z ogromn� szybko�ci�; m�ode dzielnie pod��a�y przez g�stwin� za matk�. Ha�as, jaki czyni�y, nie zag�uszy� ca�kowicie odg�osu szamotania dochodz�cego ze szczytu.

   Complain nie waha� si� ani chwili. Zaskoczony pierwszym krzykiem Gwenny upu�ci� strza�� i nie pr�buj�c jej nawet podnie�� zarzuci� �uk na prawe rami�, wyci�gn�� paralizator i pogna� Schodami Rufowymi w g�r�. Ale porastaj�ca zbocze g�stwina utrudnia�a bieg, wi�c gdy osi�gn�� wreszcie szczyt, Gwenny ju� tam nie by�o.

   Po lewej stronie us�ysza� jakie trzask i pomkn�� w tym kierunku. Bieg� schylony, by stanowi� jak najmniejszy cel, i w pewnej chwili zobaczy� dw�ch brodatych m�czyzn nios�cych Gwenny. Nie broni�a si�, wygl�da�o na to, �e zosta�a og�uszona.

   Ma�o brakowa�o, by pad� ofiar� trzeciego m�czyzny, kt�rego przedtem nie zauwa�y�. M�czyzna ten pozosta� nieco w tyle i ukryty w�r�d �odyg os�ania� odwr�t towarzyszy, teraz za� wypu�ci� wzd�u� korytarza strza��, kt�ra gwizdn�a Complainowi ko�o ucha. Complain rzuci� si� na ziemi� unikaj�c w ten spos�b nast�pnej strza�y i szybko odpe�z� do ty�u. Nikomu nic z tego nie przyjdzie, �e zginie.

   Zapad�a cisza przerywana tylko zwyk�ym chrz�stem nienaturalnie rosn�cych ro�lin. Nikomu te� nic nie przyjdzie z tego, �e b�dzie �y� obie te prawdy uderzy�y go jak obuchem w g�ow�. Straci� zdobycz i Gwenny, a teraz czeka�a go rozprawa z Rad�, kt�rej b�dzie musia� wyt�umaczy�, jak dosz�o do tego, �e szczep zosta� pozbawiony jednej kobiety. Szok zag�uszy� w pierwszym momencie �wiadomo��, �e utraci� Gwenny. Complain nie kocha� jej, cz�sto jej nienawidzi�, ale by�a jego, by�a mu nieodzowna...

   Na szcz�cie wzbieraj�cy w nim gniew przyt�umi� inne uczucia. Gniew. To by�o w�a�ciwe lekarstwo, zgodne z zaleceniem Nauki. Chwyci� gar�� gleby i cisn�� j� przed siebie - jego gniew wzmaga� si�. Szale�stwo, szale�stwo, szale�stwo... rzuci� si� na ziemi�, miota�, przeklina� - wszystko w absolutnej ciszy.

   Po pewnym czasie wzburzenie zacz�o s�abn�� pozostawiaj�c pustk�. Przez d�ug� chwil� siedzia� podpieraj�c g�ow� r�kami, czu�, �e m�zg ma wyja�owiony jak mu� po przyp�ywie. Nie pozostawa�o mu nic innego, jak wsta� i wraca� do Kabin. Musi z�o�y� raport... G�ow� mia� teraz pe�n� smutnych my�li.







    M�g�bym tu siedzie� bez ko�ca. Wietrzyk jest taki lekki, ma stale t� sam� temperatur�; bardzo rzadko jest ciemno. Wok� mnie glony rosn�, padaj�, gnij�... Nic mi tutaj nie grozi, najwy�ej �mier�...

   Ale tylko �yj�c b�d� m�g� znale�� to co� brakuj�cego, co jest bardzo wa�ne... Co�, co sobie obieca�em b�d�c jeszcze dzieckiem. Mo�e teraz ju� nigdy tego nie odnajd�, a mo�e Gwenny mog�a to dla mnie odnale�� - nie, tego ona nie mog�a zrobi�, ona mi to co� zast�powa�a, musz� przyzna�. A mo�e tego w og�le nie ma? Ale je�eli co� tak wa�nego nie istnieje, to to ju� jest jaka� forma istnienia. Otw�r. �ciana. Kap�an m�wi, �e zdarzy� si� kataklizm...

   Mog� sobie niemal to co� wyobrazi�. Jest ogromne... Ogromne jak... czy mo�e by� co� wi�kszego ni� �wiat? Nie, bo to by�by w�a�nie �wiat... �wiat, statek, ziemia, planeta... To teorie innych ludzi, nie moje... To tylko �a�osny zam�t, teorie niczego nie rozwi�zuj�, tylko coraz wi�kszy zam�t, �a�osny be�kot... Wstawaj, ty s�aby g�upcze.







    Wsta�. Je�eli powr�t do Kabin nie mia� sensu, to siedzenie tutaj tym bardziej. Ale przede wszystkim powstrzymywa�a go od powrotu �wiadomo��, jak oboj�tna b�dzie reakcja: staranne unikanie spojrze�, g�upie u�mieszki na temat losu, jaki spotka� Gwenny, i kara za jej utracenie. Powoli ruszy� z powrotem przedzieraj�c si� przez g�szcz glon�w.

   Zanim pojawi� si� na polanie przed barykad�, zagwizda�. Zosta� rozpoznany i wpuszczony do Kabin. W czasie jego kr�tkiej nieobecno�ci w Kabinach zasz�y du�e zmiany, kt�rych nie m�g�, mimo przygn�bienia, nie zauwa�y�.

   Powa�ny problem szczepu Greene stanowi�o ubranie, na co wskazywa�a jego r�norodno��. Nie by�o dw�ch identycznie ubranych ludzi, i to z konieczno�ci, gdy� indywidualizm bynajmniej nie by� cech� rozpowszechnion�. Ubranie nie s�u�y�o szczepowi dla ochrony przed zimnem - z jednej strony okrywa�o nago�� i zaspokaja�o pr�no��, z drugiej stanowi�o �atwy spos�b ustalania pozycji spo�ecznej. Tylko elita, a wi�c stra�nicy, �owcy i ludzie na stanowisku, tacy jak wyceniasz, mogli pozwoli� sobie na co� w rodzaju munduru, pozostali tworzyli jednolity t�um ubrany w r�nego rodzaju tkaniny i sk�ry.

   W tej chwili stare i bezbarwne ubrania wygl�da�y jak nowe. Najwi�ksze ciury paradowa�y w pi�knych zielonych ciuchach.

   - Co tu si� do diab�a dzieje, Butch? - spyta� Complain przechodz�cego obok m�czyzn�.

   - Przestrzeni dla twojego ja, przyjacielu odpar� zapytany. - Stra�nicy znale�li dzi� rano sk�ad z farbami. Ufarbuj si�. Szykuje si� wielka uroczysto��.

   Nie opodal zebra� si� t�um rozprawiaj�cy w podnieceniu. Wzd�u� pok�adu poustawiano paleniska, na kt�rych - niby kot�y czarownic sta�y wype�nione wrz�c� zawarto�ci� wszelkie dost�pne naczynia. ��ty, szkar�atny, czerwony, fioletowy, czarny, granatowy, niebieski, zielony, miedziany - wszystkie te kolory gotowa�y si�, wrza�y i parowa�y. St�oczony t�um co chwila zanurza� w farbie jak�� cz�� garderoby. W�r�d ob�ok�w pary niecodziennie podnieceni ludzie krzyczeli przera�liwie.

   Nie by�o to jedyne zastosowanie farby. Z chwil� gdy zapad�a decyzja, �e Radzie jest ona niepotrzebna, stra�nicy rozrzucili woreczki barwnik�w do og�lnego u�ytku. Wiele woreczk�w rozpruto, a ich zawarto�� wysypano na �ciany i pod�ogi. Ca�e osiedle udekorowane by�o obecnie okr�g�ymi, pod�u�nymi i wachlarzowatymi barwnymi plamami.

   Rozpocz�y si� ta�ce. W wilgotnej jeszcze odzie�y, niby ruchome t�cze, kt�re stapia�y si� w br�zowe ka�u�e, m�czy�ni i kobiety zebrani na otwartej przestrzeni zacz�li wirowa� w ko�o trzymaj�c si� za r�ce. Jaki� �owca wskoczy� na skrzynk� i zacz�� �piewa�, za nim wskoczy�a kobieta w ��tej sukni i sta�a klaszcz�c rytmicznie w d�onie; kto� inny uderza� w tamburyn. Coraz wi�cej ludzi do��cza�o si� �piewaj�c, skacz�c wok� kot�a po pok�adzie... I tak ta�czyli w radosnym zapami�taniu, bez tchu, pijani orgi� kolor�w, kt�rych wi�kszo�� nigdy w �yciu nie widzia�a.

   Rzemie�lnicy i niekt�rzy stra�nicy, pocz�tkowo sztywni, porwani og�lnym nastrojem, przy��czali si� powoli do ta�cz�cych. Z pokoj�w, gdzie trwa�y prace polne, z barykad nadbiegali m�czy�ni pragn�c tak�e wzi�� udzia� w og�lnym �wi�cie.

   Complain obrzuci� to wszystko ponurym spojrzeniem, po czym odwr�ciwszy si� na pi�cie odszed� w kierunku Komendy, aby z�o�y� raport. Jeden z oficer�w wys�ucha� w milczeniu jego opowie�ci, po czym kaza� mu zg�osi� si� bezpo�rednio do porucznika Greene. Strata kobiety mog�a by� potraktowana jako powa�ne przewinienie. Szczep Greene liczy� mniej wi�cej dziewi��set dusz, z czego prawie po�ow� stanowili ma�oletni, za� kobiet by�o zaledwie oko�o stu trzydziestu. W tej sytuacji nikogo nie mog�o dziwi�, �e walki o kobiety by�y �r�d�em najcz�stszych zamieszek w Kabinach.

   Complaina zaprowadzono przed oblicze porucznika. Otoczony stra�nikami, przy biurku pami�taj�cym lepsze czasy, siedzia� stary m�czyzna ze spadaj�cymi na oczy siwymi krzaczastymi brwiami. Mimo tego �e siedzia� zupe�nie bez ruchu, ca�� postaci� wyra�a� niezadowolenie.

   - Przestrzeni dla pa�skiego ja - rzek� potulnie Complain.

   - Twoim kosztem - odpowiedzia� szorstko porucznik, po czym burkn��: - �owcze Complain, w jaki spos�b straci�e� swoj� kobiet�?

   Urywanym g�osem opisa� Complain zaj�cie na szczycie Schod�w Rufowych.

   - To mog�a by� robota Dziobowc�w - zasugerowa� na zako�czenie.

   - Nie opowiadaj tutaj tych bzdur! - warkn�� jeden ze wsp�pracownik�w Greene'a, Zilliac. - S�yszeli�my ju� te historyjki o nadludziach, ale nie dajemy im wiary. Szczep Greene jest panem wszystkiego po tej stronie Bezdro�y.

   W miar� jak Complain snu� swoj� opowie��, porucznik robi� si� coraz bardziej z�y. Zacz�� dr�e�, jego oczy nape�ni�y si� �zami, z wykrzywionych ust �cieka�a na brod� �lina, a z nosa kapa� �luz. W miar� narastania furii biurko zacz�o si� rytmicznie ko�ysa�. Greene trz�s� si�, be�kota�, a jego twarz pod burz� potarganych siwych w�os�w zrobi�a si� sina.

   Pomimo strachu Complain musia� przyzna�, �e by�o to niepowtarzalne, acz przera�aj�ce widowisko.

   Nagle nast�pi�o przesilenie: porucznik wprost gotuj�c si� z w�ciek�o�ci upad� i znieruchomia�. W tej samej chwili Zilliac i Patcht stan�li nad jego cia�em z wydobytymi paralizatorami. Twarze im drga�y z gniewu.

   Wolno, bardzo wolno, dr��c nadal, porucznik wsta� i z trudem wdrapa� si� na krzes�o. By� wyra�nie wyczerpany ca�ym tym rytua�em.

   Szlag go kiedy� przy tym trafi - pomy�la� Complain, i ta my�l pokrzepi�a go nieco.

   - Teraz trzeba b�dzie rozstrzygn��, jak ci� ukara� zgodnie z prawem - rzek� starzec z wysi�kiem. Rozejrza� si� bezradnie po pokoju.

   -Gwenny nie by�a po�yteczna dla szczepu, pomimo �e by�a c�rk� tak znamienitego ojca rzek� Complain zwil�aj�c wargi. - Nie mog�a mie� dzieci, prosz� pana. Mieli�my tylko jedn� dziewczynk�, kt�ra zreszt� umar�a jeszcze przed odstawieniem od piersi. Gwenny nie mog�a mie� wi�cej dzieci, prosz� pana, tak m�wi� kap�an Marapper...

   - Marapper to kawa� durnia! - zawo�a� Zilliac.

   - Twoja Gwenny by�a bardzo zgrabna, pi�knie zbudowana - rzek� Patcht. - Na pewno dobra w ��ku.

   - Znasz prawa, m�ody cz�owieku - rzek� porucznik. - Ustanowi� je m�j dziad, kiedy zak�ada� ten szczep. Obok Nauki maj� one ogromne znaczenie dla naszego... dla naszego �ycia. Co to za ha�asy na zewn�trz? Tak, m�j dziad to by� wielki cz�owiek. Pami�tam, jak w dniu, w kt�rym umar�, pos�a� po mnie...

   Wprawdzie strach nie opu�ci� go jeszcze, ale Complain w nag�ym ol�nieniu ujrza� ich wszystkich czterech takimi, jakimi byli naprawd�: zapatrzeni w siebie, innych dostrzegali na tyle tylko, na ile odnajdowali w nich w�asne l�ki. Izolowani i samotni, sk��ceni ze wszystkimi doko�a.

   - Jaki ma by� wyrok? - przerwa� ostro wspomnienia porucznika Zilliac.

   - Czekaj, niech pomy�l�... Jeste� ju� w�a�ciwie ukarany strat� kobiety, Complain. Chwilowo nie ma dla ciebie �adnej innej. Co to za wrzaski?

   - On -musi zosta� przyk�adnie ukarany, bo inaczej powiedz�, �e pan traci w�adz� - rzek� chytrze Patcht.

   - Ale� oczywi�cie, oczywi�cie, ja mam szczery zamiar go ukara�. Twoja uwaga by�a zupe�nie niepotrzebna, Patcht. �owcze... ee... aha, Complain, w ci�gu nast�pnych sze�ciu sen-jaw otrzymasz sze�� razy ch�ost�, kt�r� wykona kapitan stra�y przed ka�dym snem, zaczynaj�c od zaraz. Dobrze. Mo�esz i��. Zilliac, na mi�o�� bosk�, id� zobacz, co tam si� dzieje.

   Complain znalaz� si� za drzwiami w samym sercu orgii kolor�w i d�wi�k�w. Wydawa�o si�, �e zgromadzili si� tu wszyscy, �e wszyscy bior� udzia� w tym bezsensownym szale�stwie ta�ca i rado�ci. Normalnie przy��czy�by si� do nich, gdy� tak jak ka�dy pragn�� zrzuci� z siebie cho�by na chwil� ci�ar szarej codzienno�ci, ale w obecnym nastroju starannie omija� t�um usi�uj�c nie patrze� nikomu w oczy. A jednak mimo wszystko zwleka� z powrotem do swojego mieszkania (wiadomo by�o, �e zostanie z niego usuni�ty, gdy� samotni m�czy�ni nie mieli prawa do w�asnego pokoju). Snu� si� bezsensownie wok� rozbawionego t�umu i gdy doko�a szala� taniec., on czu� w �o��dku ci�ar oczekuj�cej go kary. Poszczeg�lne grupy od��cza�y si� od g��wnej masy i parami miota�y si� w takt muzyki jakich� instrument�w strunowych. Og�uszaj�cy ha�as, gwa�towne ruchy g��w i palc�w tancerzy... - patrz�c na to postronny widz m�g� znale�� wiele powod�w do niepokoju.

   Kilku m�czyzn nie bra�o udzia�u w og�lnym szale�stwie. Byli to przede wszystkim wysoki, pos�pny lekarz Lindsey, Fermour, zbyt niezdarny, aby ta�czy�, Wantage, stale ukrywaj�cy sw� napi�tnowan� twarz przed oczyma t�umu, i wreszcie biczownik publiczny. Ten ostatni mia� po prostu obowi�zki, w ramach kt�rych zjawi� si� w odpowiednim czasie w otoczeniu stra�nik�w u Complaina. Brutalnie �ci�gni�to ze skaza�ca ubranie, po czym otrzyma� pierwsz� porcj� nale�nej mu kary. W normalnych warunkach wymierzaniu kary towarzyszy� t�um gapi�w, ale tym razem ciekawsze widowisko odci�gn�o ich uwag� i Complain cierpia� prawie samotnie. Nast�pnego dnia m�g� si� spodziewa� wi�kszego zainteresowania.

   Przykrywaj�c koszul� rany z trudem skierowa� si� do swego mieszkania. Czeka� tam na niego kap�an Marapper.

nast�pny